Dwa dni, trzysta śmiechów i jeden Bartek - nasza wycieczka bez filtra
Dwa dni, trzysta śmiechów i jeden Bartek - nasza wycieczka bez filtra
2025-06-11 10:55:09

Są takie dni, kiedy człowiek z radością wstaje o piątej rano. Nie, to nie był sen. To była wycieczka! 5 czerwca, z lekką nutą niewyspania i plecakami wypchanymi na granicy prawa fizyki, stawiliśmy się punktualnie o 5:45 na placu przy plebanii. Kilkanaście minut później już gnaliśmy w stronę... dębu. Ale nie byle jakiego!



Dzień pierwszy: legenda, szczyt i kebab z galerii

Zatrzymaliśmy się w Zagnańsku, gdzie czekał na nas ON - Dąb Bartek, żywa historia w korze i konarach. Starszy od krzyżaków, dłużej stoi niż nasz stół w kuchni, a i tak wygląda lepiej niż większość z nas o poranku. Szybka sesja zdjęciowa, garść ciekawostek od przewodnika i ruszamy dalej - ku przygodzie!

Następny przystanek - Święty Krzyż. Po krótkim przejeździe przyszedł czas na małe wyzwanie: wejście na szczyt Łysej Góry. Nie było to może zdobywanie Everestu, ale i tak dało się odczuć, że nogi pracują, a oddech czasem zaskakuje. Na szczęście po drodze nie brakowało cienia, a i towarzystwo dopingowało - nawet jeśli czasem w formie żartów o "niezbędności kolejki górskiej".

Na górze czekała nas nagroda w postaci pięknych widoków i słynnych gołoborzy - czyli wielkich skalnych "klocków" porozrzucanych przez naturę tak, jakby chciała nam pokazać, że i kamienie potrafią być dziełem sztuki. Nawet najbardziej niewprawione oko dostrzegło, że to miejsce ma w sobie coś magicznego.

Zwiedzanie klasztoru przyniosło chwilę wytchnienia i... trochę historii podaną w taki sposób, że nie zasypialiśmy na stojąco. Relikwie Drzewa Krzyża Świętego zrobiły na nas wrażenie, a klimat miejsca zachęcał do zadumy, choć nie zabrakło też uśmiechów i wspólnych żartów.

A potem - niespodzianka! Nie, nie restauracja z ustalonym menu. Zamiast tego – wolność wyboru i marzenie każdego ucznia: galeria handlowa w Kielcach! Każdy znalazł coś dla siebie - od burgera, przez makaron, po bubble tea i zestaw sushi w promce. Kto chciał - jadł. Kto nie - zwiedzał sklep z elektroniką lub węszył promocje w sieciówkach. Wieczorem dotarliśmy do hotelu La Mar. Elegancko, spokojnie i - co ważne - z łazienką w każdym pokoju. Pani Elżbieta Kubić, pani Barbara Dmochowska i pani Małgorzata Pruszyńska czuwały, żebyśmy nie pomylili pokoi, nie zapomnieli o wieczornej higienie i nie rozkręcili imprezy stulecia przed ciszą nocną. I wiecie co? Jakoś się udało.

Dzień drugi: Herodot, jacuzzi i wielki powrót

Rano toaleta, śniadanie, szybkie pakowanie i już byliśmy w drodze do Radomia. Cel: Muzeum im. Jacka Malczewskiego i wystawa "Podróże z Herodotem". Brzmi poważnie? A i owszem - ale wciągnęło nas zaskakująco mocno. Trochę starożytności, trochę sztuki, zero nudy. A Herodot, ten pierwszy podróżnik, okazał się całkiem barwną postacią. Może nie miał Instagrama, ale umiał opowiadać.

Potem - crème de la crème, wisienka na torcie, moment, na który wszyscy czekali: Suntago. Tropikalny raj w samym środku Mazowsza. Zjeżdżalnie, fale, jacuzzi, sauny, palmy... Brakowało tylko flaminga do zdjęć. Skakaliśmy, pływaliśmy, chlupaliśmy i śmialiśmy się jak dzieci. Nikt nie myślał o lekcjach.

Wieczorem wróciliśmy do Wysokiego. Trochę mokrzy (bo kto by się porządnie wysuszył?), bardzo zmęczeni, ale totalnie szczęśliwi.

Dwa dni bez dzwonka, a jednak nauka na maxa! Z Bartkiem, Herodotem i zjeżdżalniami w Suntago ogarnęliśmy, że najlepsza lekcja to ta, która nie pozwala zasnąć (nawet o 5 rano!).

Nauczycielki? Pełen ogień - trzymały nas w ryzach, ale i śmiały się razem z nami. Kto mówi, że szkoła to nuda, ten chyba nie był z nami na wycieczce.




Nowoczesne usługi